muchy obijają się o szyby,
komary gryzą,
pająki straszą...
to tak jak w mojej głowie:
coś gryzie, straszy, obija się o ściany.
na moim łóżku koc,
koc w gwiazdy i księżyce.
jak łatwo zamknąć wszechświat,
jak łatwo wtulić się w noc,
jasną, gwieździstą, samotną noc.
koc w gwiazdy i księżyce.
jak łatwo zamknąć wszechświat,
jak łatwo wtulić się w noc,
jasną, gwieździstą, samotną noc.
komputer, ten słucha moich myśli
i tylko czasem zakreśla te, które drażnią, ranią.
nie jest więc przyjacielem ten plastykowy pomagier.
nie umie słuchać, wciąż pyta.
a potem ni stąd ni zowąd zawiesza swoją działalność,
ma dosyć...ja go rozumiem.
zielony pokój,
żółta kuchnia,
niebieski korytarz...
brudne naczynia,
przypalony obiad,
zimna herbata...
myszy uciekły i nie dlatego że kot głodny,
on też uciekł.
Zastanawiam się:
co ja, co ja tu robię?
żółta kuchnia,
niebieski korytarz...
brudne naczynia,
przypalony obiad,
zimna herbata...
myszy uciekły i nie dlatego że kot głodny,
on też uciekł.
Zastanawiam się:
co ja, co ja tu robię?
twój telefon –
ptak wewnątrz mnie śpiewa.
odłożona słuchawka – ptak odfrunął...przyleci?
ptak wewnątrz mnie śpiewa.
odłożona słuchawka – ptak odfrunął...przyleci?
czy wybrałem samotność?
nie, ona mnie wybrała
na swego apostoła,
jednego z dwunastu,
12 milionów.
kolejny wieczór spędzony w swoim towarzystwie,
kolejna filiżanka niedopitej herbaty.
i jeszcze deszcz,
deszcz wciąż pada,
a ja, ja za słońcem tęsknię.
kolejna filiżanka niedopitej herbaty.
i jeszcze deszcz,
deszcz wciąż pada,
a ja, ja za słońcem tęsknię.
dalej niekiedy wracają te cudowne chwile
i tak trudno wtedy wyrzucić je ze środka.
cholernie trudno nie wierzyć.
i tylko zimno za oknem i jabłko ostatnie wisi w nadziei,
chorobliwej tęsknocie, wisi pełne wiary,
być może miłości, być może też kłamstwa...
wisi jak ja.
dużo pytań w tym domu,
który na pustelnie zamieniłem.
śluby milczenia,
wzrok przebijający szyby,
wiatr, zimno,
6 stopni i dobrze.
już ciepło gdy one wracają...
wspomnienia.
który na pustelnie zamieniłem.
śluby milczenia,
wzrok przebijający szyby,
wiatr, zimno,
6 stopni i dobrze.
już ciepło gdy one wracają...
wspomnienia.
dużo tego wszystkiego.
choinka na święta,
prezenty i radość dziecięca – niezapomniana.
podniecenie wtedy tak niezrozumiałe,
nienazwane, obecne w swej pełni.
i tylko marzenie:
być dzieckiem znowu móc mieć szansę,
jak prezent życie otworzyć powoli w napięciu oczekiwać i ... żyć...
choinka na święta,
prezenty i radość dziecięca – niezapomniana.
podniecenie wtedy tak niezrozumiałe,
nienazwane, obecne w swej pełni.
i tylko marzenie:
być dzieckiem znowu móc mieć szansę,
jak prezent życie otworzyć powoli w napięciu oczekiwać i ... żyć...
jaupodlony unicestwiam rozum
w zaspokojeniu instynktu samobójcy.
tak łatwo, ohydnie prosto zniszczyć co ważne,
oddalić się i tylko leżeć,
nie myśleć,
zatracić bez końca w filozofii upadku...
zbytecznie przepraszać.
kłamstwo,
każdego dnia karmię się nim,
jak pasożyt.
nie mogąc zrozumieć gdzie jest koniec
bezwładnie podążam ku jego początkom...
w pogoni za ...w dążeniu do...
każdego dnia karmię się nim,
jak pasożyt.
nie mogąc zrozumieć gdzie jest koniec
bezwładnie podążam ku jego początkom...
w pogoni za ...w dążeniu do...
czuję w sobie, wokół...
to wielkie tam w środku:
śmierdzące, gnijące, zakrzepłe ja –
nic więcej.
pełnia żygowin,
chamstwa, agresji, upadku.
okruchy nadziei na jej koniec.
to wielkie tam w środku:
śmierdzące, gnijące, zakrzepłe ja –
nic więcej.
pełnia żygowin,
chamstwa, agresji, upadku.
okruchy nadziei na jej koniec.
kruche ciało to ja,
jak chińska porcelana.
powłoka na wulkan niepewności,
strachu i nadziei.
futerał zniszczony, niedomknięty.
walizka podróżna która...
i tylko śmierć ukradkiem przemknie gdy czas nadejdzie.
i na nic to coś niezastąpione,
kochane i nienawidzone
na nic ciało, gdy duch zgaśnie,
kruchy, niepewny, niedomknięty, w podróży zamilknie.
na nic.
niby już spokój i akceptacja końca.
a to dziwne, tak bliskie dalej błądzi.
nie znajdzie wyjścia.
zawsze było, czy chciał czy nie,
zawsze nienazwane jak zwał to pies.
już nie szczeka, nie gryzie, nie na łańcuchu.
i rakarz też spokojny.
wie że je złapie,
a ono znowu ucieknie...tak w kółko.
a to dziwne, bliskie dalej błądzi...
czasem skomle.
a to dziwne, tak bliskie dalej błądzi.
nie znajdzie wyjścia.
zawsze było, czy chciał czy nie,
zawsze nienazwane jak zwał to pies.
już nie szczeka, nie gryzie, nie na łańcuchu.
i rakarz też spokojny.
wie że je złapie,
a ono znowu ucieknie...tak w kółko.
a to dziwne, bliskie dalej błądzi...
czasem skomle.
byle jak,
byle gdzie,
nie wiadomo po co.
i tylko oczy czerwone,
ciało zmęczone
i smród.
byle jaki,
nie wiadomo dokąd
uciekam.
spokój?
To ta nadzieja, którą na moment udało się ugasić, ale ona wraca, tajemnicza, nieokiełznana matka.
To ta nadzieja, którą na moment udało się ugasić, ale ona wraca, tajemnicza, nieokiełznana matka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz