większość tych słów powstała kilka lat temu, kiedy to przeżywałem pewien pierwszy upadek. po czasie pojawiły się kolejne, zarówno słowa, jak i kolejne upadki. co jakiś czas wrzucam kolejne teksty, zarówno teksty zespołu jak i inne, różne, czasem ciężkie, czasem mniej.

słowa te pozwalają zrozumieć, zapomnieć, ale też pamiętać.
słowa mogą coś zmienić, ale też nie muszą zmienić niczego.

poniedziałek, 7 kwietnia 2008

akt I

w zielonym, pustym pokoju
muchy obijają się o szyby,
komary gryzą,
pająki straszą...
to tak jak w mojej głowie:
coś gryzie, straszy, obija się o ściany.

na moim łóżku koc,
koc w gwiazdy i księżyce.
jak łatwo zamknąć wszechświat,
jak łatwo wtulić się w noc,
jasną, gwieździstą, samotną noc.

komputer, ten słucha moich myśli
i tylko czasem zakreśla te, które drażnią, ranią.
nie jest więc przyjacielem ten plastykowy pomagier.
nie umie słuchać, wciąż pyta.
a potem ni stąd ni zowąd zawiesza swoją działalność,
ma dosyć...ja go rozumiem.

zielony pokój,
żółta kuchnia,
niebieski korytarz...
brudne naczynia,
przypalony obiad,
zimna herbata...
myszy uciekły i nie dlatego że kot głodny,
on też uciekł.
Zastanawiam się:
co ja, co ja tu robię?

twój telefon –
ptak wewnątrz mnie śpiewa.
odłożona słuchawka – ptak odfrunął...przyleci?

czy wybrałem samotność?
nie, ona mnie wybrała
na swego apostoła,
jednego z dwunastu,
12 milionów.


kolejny wieczór spędzony w swoim towarzystwie,
kolejna filiżanka niedopitej herbaty.
i jeszcze deszcz,
deszcz wciąż pada,
a ja, ja za słońcem tęsknię.

dalej niekiedy wracają te cudowne chwile
i tak trudno wtedy wyrzucić je ze środka.
cholernie trudno nie wierzyć.
i tylko zimno za oknem i jabłko ostatnie wisi w nadziei,
chorobliwej tęsknocie, wisi pełne wiary,
być może miłości, być może też kłamstwa...
wisi jak ja.

dużo pytań w tym domu,
który na pustelnie zamieniłem.
śluby milczenia,
wzrok przebijający szyby,
wiatr, zimno,
6 stopni i dobrze.
już ciepło gdy one wracają...
wspomnienia.

dużo tego wszystkiego.
choinka na święta,
prezenty i radość dziecięca – niezapomniana.
podniecenie wtedy tak niezrozumiałe,
nienazwane, obecne w swej pełni.
i tylko marzenie:
być dzieckiem znowu móc mieć szansę,
jak prezent życie otworzyć powoli w napięciu oczekiwać i ... żyć...

jaupodlony unicestwiam rozum
w zaspokojeniu instynktu samobójcy.
tak łatwo, ohydnie prosto zniszczyć co ważne,
oddalić się i tylko leżeć,
nie myśleć,
zatracić bez końca w filozofii upadku...
zbytecznie przepraszać.

kłamstwo,
każdego dnia karmię się nim,
jak pasożyt.
nie mogąc zrozumieć gdzie jest koniec
bezwładnie podążam ku jego początkom...
w pogoni za ...w dążeniu do...

czuję w sobie, wokół...
to wielkie tam w środku:
śmierdzące, gnijące, zakrzepłe ja –
nic więcej.
pełnia żygowin,
chamstwa, agresji, upadku.
okruchy nadziei na jej koniec.

kruche ciało to ja,
jak chińska porcelana.
powłoka na wulkan niepewności,
strachu i nadziei.
futerał zniszczony, niedomknięty.
walizka podróżna która...
i tylko śmierć ukradkiem przemknie gdy czas nadejdzie.
i na nic to coś niezastąpione,
kochane i nienawidzone
na nic ciało, gdy duch zgaśnie,
kruchy, niepewny, niedomknięty, w podróży zamilknie.
na nic.

niby już spokój i akceptacja końca.
a to dziwne, tak bliskie dalej błądzi.
nie znajdzie wyjścia.
zawsze było, czy chciał czy nie,
zawsze nienazwane jak zwał to pies.
już nie szczeka, nie gryzie, nie na łańcuchu.
i rakarz też spokojny.
wie że je złapie,
a ono znowu ucieknie...tak w kółko.
a to dziwne, bliskie dalej błądzi...
czasem skomle.

byle jak,
byle gdzie,
nie wiadomo po co.
i tylko oczy czerwone,
ciało zmęczone
i smród.
byle jaki,
nie wiadomo dokąd
uciekam.


spokój?
To ta nadzieja, którą na moment udało się ugasić, ale ona wraca, tajemnicza, nieokiełznana matka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz